poniedziałek, 9 listopada 2009

Imagining Museums...

Co roku powstają nowe placówki artystyczne, których założenie poprzedzane jest różnego rodzaju researchem, od badania opinii publicznej, przez dokładną analizę już istniejących muzeów, po organizację wydarzeń związanych z tematem. Nowe muzeum sztuki współczesnej ma powstać także w Birmingham. Ikon Gallery zorganizowała właśnie z tej okazji forum publiczne na temat przyszłości muzeów. Spotkanie, ku mojej uciesze, rozpoczęło się odczytaniem skryptu filmu Neila Cummingsa i Marysi Lewandowskiej Museum Futures: Distributed”. Film kreśli świetlaną przyszłość dla sztuki, w której rola artysty, muzeów, galerii i rynku sztuki zostaje zmieniona. Od praktyki wystawienniczej opartej na artefaktach sztuki i konsumpcji przejdziemy do co-produkcji. Muzea przestaną kolekcjonować dzieła sztuki, a tym samym zniknie problem przechowywania, konserwacji i uciążliwego powiększania przestrzeni muzeów.

Jak na razie jednak nic się nie zapowiada, żeby muzea zrezygnowały ze swoich kolekcji. Poniżej zamieszczam moje notatki ze spotkania.


Czy muzeum sztuki współczesnej powinno kolekcjonować sztukę?

Tak, o ile nie trzyma jej w magazynach. Kolekcjonowanie ma na celu udostępnianie kolekcji szerszej publiczności. Dlatego Tate Modern regularnie zmienia ekspozycję stałą / (Ann Gallagher, Head of Collections, British Art, Tate, UK).


Kolekcja konstytuuje muzeum / (Oliver Michelon, Departmental Museum of Contemporary Art in Rochechouart, France)


Co kolekcjonować?

Postmodernizm przyniósł trudne czasy dla kolekcjonowania. Powinno się kolekcjonować wszystko – tak na wszelki wypadek / (Oliver Michelon, Departmental Museum of Contemporary Art in Rochechouart, France)


Jeśli nie kolekcja, to co?

Istnieje ogromna nadprodukcja w sztuce i my właściwie nie wiemy co z nią zrobić. Powinniśmy zajmować się bardziej ideami, niż obiektami. Należy odejść od idei „dzieła sztuki jako skarbu”, a pójść w stronę „sztuki jako wiedzy” / (Ekaterina Degot, independent curator, Russia)



Kogo powinniśmy pytać o radę zakładając muzeum „od zera”?

Powinno zapytać się profesjonalistów, ale nie zapominać o zdaniu lokalnej społeczności. Dobrze jest wykorzystać lokalną specyfikę. W przypadku Birmingham jest to jego wielokulturowość. Można by zatem zaprosić do współpracy artystów z lokalnych społeczności narodowych / (Paulo Herkenhoff, critic and independent curator, Brazil).


Czasami nie warto słuchać opinii publicznej. Trzeba mieć na uwadze, że dobrzy artyści często są przez ogół społeczeństwa nieakceptowani. Ludzie mogą mieć na jakiś temat opinię, gdy mają o tym jakieś pojęcie / (głos publiczności)


Jaka jest rola muzeum?

Muzeum jest dzisiaj bardzo silne. Ludzie chodzą do galerii po odpowiedzi dotyczące ich życia. (Ruth Noak, curator of Documenta 12, Germany)


Edukacyjna. Jeśli nie zadbamy o dzieci dziś, za dwadzieścia lat nikt nie przyjdzie do muzeum / (Paulo Herkenhoff, critic and independent curator, Brazil).


Edukacyjna. Każde dziecko ze szkół podstawowych w Birmingham odwiedza Ikon Gallery dwa razy do roku / Jonathan Watkins, Director of Ikon Gallery, UK)


Rozgrywkowa. Ludzie w dzisiejszych czasach oczekują od muzeum rozrywki / (głos publiczności)


Jak rozszerzyć publiczność muzeum?

Muzeum powinno być dla wszystkich – dziecka, nastolatka, dorosłego, staruszka, niepełnosprawnego, niewidomego, niesłyszącego / (Paulo Herkenhoff, critic and independent curator, Brazil).


Lokalna społeczność powinna czuć sie częścią instytucji / (Paulo Herkenhoff, critic and independent curator, Brazil).


Muzeum powinno zacząć wychodzić do ludzi, na przykład organizując zajęcia w szkołach / (głos publiczności)


Większość osób, które mogłoby być publicznością nie zdaje sobie sprawy, że mogłoby nią być / (głos publiczności)


Aby nastąpiła komunikacja należy znaleźć wspólny język / (głos publiczności)


Powinno się nie tylko pokazywać ludziom wystawy, ale także namawiać aktywnego uczestnictwa / (głos publiczności)


sobota, 7 listopada 2009

Pozazdrościć energii!

Może Birmingham to najbrzydsze miasto w Anglii, ale jego mieszkańcom nie można odmówić energii twórczej. W ciągu ostatnich dwóch wieczorów uczestniczyłam w święcie sztuki, jakiego nie doświadczyłam nawet w Londynie. Tutaj artystów i galerii jest może mniej niż w stolicy, ale za to robią oni wszystko by nie odstawać od wielkiego sąsiada. Pięciodniowy festiwal „The Event” odbywał się w poprzemysłowej dzielnicy Digbeth. Na tę okazję zaangażowano nie tylko wszystkie niezależne galerie sztuki w okolicy, ale także przestrzeń publiczną i puby. Niegdyś okolica była zamieszkana przez mniejszość irlandzką i do dziś można w tamtejszych pubach spotkać irlandzkich dziadków, którzy od dobrych 50 lat odwiedzają codziennie swój ulubiony pub. Właśnie w jednym z takich miejsc miałam okazję spróbować limitowanej edycji angielskiego piwa z gatunku ale i wysłuchać morskich opowieści w wykonaniu Kapitana Eda. Odwiedziłam także gołębnik, wzięłam udział w warsztatach medytacji, wymieniłam książkę na płytę, zebrałam szereg niezależnych publikacji, wypiłam szampana w Hummerze (!), posłuchałam dobrej muzyki, zobaczyłam kilka fajnych prac i zwiedziłam niesamowite przestrzenie galeryjne.




środa, 28 października 2009

W poszukiwaniu skarbów

Kompleksowa odnowa przeznaczonych na wynajem domów, aranżacja wnętrz nie jest sielanką i wymaga pełnego poświęcenia. Ale dla Pawła Wąska jest to biznes, który idzie w parze z jego artystyczną pasją.

art_20-copy

Paweł Wąsek

Zewnętrzna klatka schodowa i czerwona cegła to chyba najlepiej rozpoznawalne cechy mieszkań socjalnych, których wiele w Londynie i całej Wielkiej Brytanii. Po przekroczeniu progu czeka nas jednak niespodzianka. Dwupoziomowe mieszkanie przypomina bardziej studio ekstrawaganckiego kolekcjonera niż typowe blokowe wnętrze. Paweł z wykształcenia jest projektantem mody i malarzem, jego żona Gaba socjologiem. Od kilku lat zajmują się aranżacją wnętrz i kolekcjonowaniem przedmiotów, które mają swoją historię.

Podobno żeby powiedziano o kimś że jest londyńczykiem, musi tu spędzić co najmniej dziesięć lat. Pawłowi brakuje do tego jeszcze dwóch i póki co, przeprowadzki nie planuje. Pochodzi z Łodzi, gdzie skończył Akademię Sztuk Pięknych na wydziale projektowania ubioru. Projekt dyplomowy był jednocześnie jego ostatnim. Tak czasami bywa, że wydaje się, że wiesz czego chcesz, a później odkrywasz w sobie zupełnie nowe powołanie. W przypadku Pawła na pierwszym miejscu było malarstwo, na drugim wnętrza. Po skończeniu studiów, razem z Gabą próbowali różnych sposobów na zarabianie pieniędzy. Bez powodzenia. Gaba zaproponowała emigrację. Paweł nie był do końca przekonany, ale w końcu uległ namowom i po rozdaniu całego dotychczasowego dobytku rodzinie, przybyli do Londynu. Był rok 2001, Polska jeszcze nie należała do Unii. Trzeba było się jakoś odnaleźć w nowym miejscu. Nie było warunków ani głowy do zajmowania się sztuką. Przerwa w działalności artystycznej trwała półtora roku, ale wydawało się, że mijają wieki. Paweł miał poczucie, że już tak zostanie do końca życia. Stopniowo jednak wracał do formy. Wystarczała mała rzecz, aby poczuł się lepiej. – Po tym czasie pustki, zaczynałem z dużymi bólami – wspomina. – Nie wiedziałem co malować. I próbowałem tak przez półtora roku. Później jednak, gdy już zacząłem, byłem zupełnie innym człowiekiem.

Podejmowali się różnych prac – sprzątali, Paweł pracował w kuchni, Gaba w coffee shopie. Nie zniechęciło ich to. Zostali wessani przez magię metropolii. – Nie miałbym możliwości zaznać tego wszystkiego mieszkając w Łodzi – mówi Paweł. – Najpierw zamieszkałem w bloku councilowskim na Brixton. Jedną z moich sąsiadek była starsza pani, Murzynka, i samo to, że gdy wychodziłem rano do pracy, a ona codziennie uśmiechała się do mnie i mówiła dzień dobry, było dla mnie czymś nieprawdopodobnym. Nadal takie rzeczy robią na mnie wrażenie.

Red Dust Gallery ©

W ich mieszkaniu wisi asamblaż Pawła zrobiony ze znalezionych w Tamizie skorup naczyń. Właśnie w tego typu obiektach łączy się jego pasja malarska z naturą poszukiwacza skarbów. Nie tropi on jednak zakopanej gdzieś skrzyni złota, tylko przedmioty (jak je nazwał) „pojechane”. – Chodzimy z Gabą nad Tamizę w czasie odpływów. Można wtedy znaleźć cudowne rzeczy. Znajdujemy tam między innymi fragmenty starych mebli, które później wykorzystujemy w naszych projektach wnętrz. Szukamy piękna, nawet jeśli mamy je znaleźć w złomie wyrzuconym przez morze.

Red Dust Gallery ©

Na łowy jeżdżą także na południe Francji, gdzie spędzają wakacje w domu przyjaciela. Na Lazurowym Wybrzeżu znajdują przedmioty wypłukane solą, spalone przez słońce. Chodzą także na londyńskie targi uliczne. Właśnie w takich miejscach można kupić prawdziwe cacka za bezcen, ale także kradziony rower, piękny skórzany portfel za funta i maszynę do szycia, która dopiero w domu, po podłączeniu do prądu, okazuje się nie działać. Sprzedaje się tam dosłownie wszystko, dlatego bardzo przydaje się umiejętność odróżniania rzeczy wartościowych od będących w zdecydowanej większości rupieci. Jeżdżą także na duże weekendowe targi, zwane Car Boot Sale. Nie gardzą też przedmiotami wystawianymi przed domy. – Czasami ludzie wyrzucają na prawdę piękne meble, które im się znudziły. Wówczas wchodzimy do akcji. Mamy oczy szeroko otwarte. Ta ławka, na której siedzisz, także jest znaleziona. Pomalowaliśmy ją, a potem odrapaliśmy papierem ściernym, dlatego wygląda tak oryginalnie.

Red Dust Gallery ©

Kupują na dużą skalę. W ich kolekcji znajdują się przedmioty różnego rodzaju: od edwardiańskich łóżek, przez luksusowe puderniczki, secesyjne szczotki, angielskie leżaki, niezbędniki piknikowe, reklamy coca-coli z lat 40., po oryginalne puzzle Playboya. Niedługo ruszy sklep internetowy, w którym będzie można to wszystko kupić.

Red Dust Gallery ©

Jeden z ich znajomych, właściciel kilku nieruchomości w Londynie, wiedząc, że mają artystyczny zmysł, poprosił, aby zajęli się kompleksową odnową jego przeznaczonego na wynajem domu. W ten sposób zaczęła się ich, trwająca już trzy lata, przygoda z aranżacją wnętrz. Taka praca nie jest jednak sielanką i wymaga pełnego poświęcenia. Domy, którymi się zajmowali, były zaniedbane i potrzebowały gruntownego remontu. Ich zadaniem jest doprowadzeniu takiego domu do stanu idealnego. Aby to osiągnąć, zaczynają od projektu, czuwają nad jego realizacją, na koniec przyjmują oglądających i wynajmują mieszkanie. Nie potrafią wykonywać skomplikowanych prac budowlanych, ale zajmują się ostateczną aranżacją wnętrza. Po kilku miesiącach harówki przychodzi olbrzymia satysfakcja, gdy okazuje się, że końcowy efekt przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Red Dust Gallery ©

Czy można żyć z malarstwa? Najczęściej nie. Ale to malarstwo jest Pawła największą pasją. Ściany ich mieszkania, a także odnawianych domów są pokryte jego małoformatowymi olejami i pastelami na papierze. Stanowią idealne dopełnienie całości.


Tekst został napisany dla gazety "Nowy Czas".

czwartek, 15 października 2009

Walking as art Richarda Longa

Richard Long, A Circle in Scotland 1986, © Richard Long

Natura zawsze była popularnym tematem sztuki. Od rysunków naskalnych, przez malarstwo pejzażowe, aż po fotografię. W antyku wśród artystów panowała zasada mimesis, czyli twórczego naśladownictwa natury. Później przejął ją renesans. Taką genezę swojej sztuki podkreśla brytyjski artysta Land Artu - Richard Long , którego retrospektywną wystawę przygotowała ostatnio Tate Britain. Uważa się, że jego prace zmieniły oblicze brytyjskiej rzeźby. Dlaczego? Richard Long robi sztukę po prostu chodząc. „Walking as art”. Nic dodać, nic ująć.
Jak wspomina, w połowie lat 60-tych zauważył, że język i ambicje sztuki są zbyt formalne. Zaczął myśleć, że sztuka za bardzo odrywa się od rzeczywistości. Nie był w swoim odczuciu odosobniony. W latach 60. artyści zaczęli zwracać uwagę na kontekst dzieła sztuki. Nastąpiło przejście od przestrzeni „białego sześcianu” do tak zwanych „przestrzeni alternatywnych”, włączając w to land art, minimal art, czy arte povera. Działania land artu są ingerencją w pejzaż, transformacją jego fragmentu, lub wykorzystaniem naturalnych procesów np. czynników atmosferycznych do realizacji obiektu artystycznego. Obiekty sztuki ziemi istniały często tylko parę godzin, znikając w "naturalny" sposób, co również było istotnym ich elementem. Pozostałym śladem była często tylko dokumentacja fotograficzna.

Richard Long, A Line Made by Walking, 1967, © Richard Long

Long zapragnął wykorzystać potencjał, który daje nam Ziemia. Podobała się mu idea robienia czegoś z niczego. Postanowił więc popularną wówczas sztukę abstrakcyjną wpasować w naturalny krajobraz. Jego pierwsza rzeźba w krajobrazie A line Made by Walking (1967) była, prowadzącą do nikąd, zwykłą ścieżką w trawie. Później samo wędrowanie stało się dla niego sztuką. Działania w terenie dały mu wolność kreowania w bardzo prosty sposób, na ogromną skalę. Artysta wykorzystywał krajobraz takim jakim go zastał. Niekiedy zostawiał efemeryczne ślady to tu, to tam. Układał kręgi i linie z kamieni, bądź zostawiał kamień, w prostej linii, co każdą milę. Nosił kamienie z jednego miejsca na drugie, albo po prostu tylko chodził.
Dartmoor, w hrabstwie Devon to jego ziemia ojczysta, miejsce które eksplorował wiele razy począwszy od lat 60. Traktuje ten skrawek ziemi jako prototyp krajobrazu, którego poszukiwał w innych częściach świata. Niezalesiony „płaskowyż” z dużą ilością wody – perfekcyjna kraina do chodzenia. Podobne miejsca znalazł w tundrze na Alasce, w Argentynie, czy na mongolskich stepach. Inne wyprawy zawiodły go w tak egzotyczne miejsca jak Himalaje, Japonia, Boliwia czy Sahara. Schodził praktycznie cały świat. Ale jak sam mówi, jego wędrówki nie są po prostu podróżami. Każda wyprawa realizuje założoną wcześniej ideę. Wędrowanie – jako sztuka – doprowadziło go do badania związków pomiędzy czasem, dystansem, wymiarami i geografią terenu. I tak na przykład wędrówka przez Anglię – od wybrzeża do wybrzeża – ma być miarą terenu, ale także samego artysty. Long bada granice swojej wytrzymałości, ustanawia własne rekordy. Wyprawy są udokumentowane odpowiednio do zakładanej idei: przy użyciu fotografii, mapy, lub tekstu. Pięciodniowa wędrówka (Z Totnes do Bristolu, 1980) została podsumowana tekstem:
„Pierwszy Dzień Dziesięć Mil
Drugi Dzień Dwadzieścia Mil
Trzeci Dzień Trzydzieści Mil
Czwarty Dzień Czterdzieści Mil
Piąty Dzień Pięćdziesiąt Mil”

Richard Long, Transference, 2003, © Richard Long

Złośliwa recenzentka Guardiana Rachel Cooke pisze, że pewnego dnia powinien postawić wszystko na jedną kartę i napisać na ścianie galerii: „Mount Everest w 24 godziny” . Tekst towarzyszący Suchej wędrówce (Avon, Anglia, 1989) przypomina natomiast haiku:
„113 przebytych mil pomiędzy jednym deszczem a drugim”.

Richard Long, An Eleven Day Winter Walk, 2008, © Richard Long

Inne wędrówki udokumentowane są fotografią lub mapką, na której precyzyjnie została zaznaczona, często idealnie prosta, trasa artysty.
W Tate pokazano obszerną dokumentację wędrówek Longa od lat 60 po dziś dzień. Artysta wykonał także kilka prac specjalnie na potrzeby wystawy, przypuszczalnie po to by stała się ona bardziej atrakcyjna dla przeciętnego widza. Używając błota z rzeki Avon namalował monstrualnej wielkości abstrakcyjny mural From Beginning to End (2009), mający nawiązywać do rysunków naskalnych. Przeniósł także swoje kamienne kompozycje w progi galerii, między innymi Norfolk Flint Circle, (1990). Wygląda zatem na to, że jego artystyczne poszukiwania zatoczyły krąg. Po latach wprowadza czystą abstrakcję z powrotem do galerii. Jak wielu artystów swojego pokolenia, nadal pracuje. Od lat powiela wymyślony przez siebie pomysł na sztukę. Jeździ na dalekie wyprawy, układa kamienne kręgi i linie. Robi zdjęcie. Rysuje mapę. Pisze haiku. Wspomniana wyżej recenzentka wyśmiewa się z wizerunku Longa-artysty jako wędrownika: „z bandaną zawiązaną na głowie, plecakiem pełnym suszonego jedzenia, kroczącego samotnie przez dalekie krainy. Jaki on śliny, a jaki heroiczny![2]”. Sztuka Longa pozostaje jednak atrakcyjna. Long serwuje nam spełnienie marzeń o dalekich wędrówkach i bezpośrednim kontakcie z naturą. To co robi, uwodzi nie tylko wizualnie ale i intelektualnie. Stanowi apoteozą natury w czystej postaci. Inspiruje.

Richard Long, From Beginning to End, 2009, © Richard Long


Richard Long, Norfolk Flint Circle, 1990, Tate © Richard Long
Richard Long, Dusty Boots Line Sahara, 1988, Private collection © Richard Long

[1]Rachel Cooke, Does anyone get the feeling that he's just going round in circles? [w:] Guardian, The Observer , Sunday 7 June 2009, http://www.guardian.co.uk/artanddesign/2009/jun/07/richard-long-heaven-and-earth-tate-britain
[2]Ibidem.



Artykuł ukazał się także w magazynie internetowym artPapier

wtorek, 13 października 2009

Gdansk & Birmingham


A więc stało się! Moja pierwsza publikacja po angielsku :). Tekst ukazał się w wydawanym domowym sposobem art zinie „An Endless Supply” (o którym więcej tutaj). Postanowiłam napisać dla nich o sztuce w Stoczni Gdańskiej po pierwsze dlatego, że jest to zagadnienie bardzo mi bliskie, a po drugie dlatego że podejrzewałam iż będzie to temat dla mieszkańców Birmingham interesujący. To zdumiewające ile te dwa miasta mają ze sobą wspólnego! Tak Gdańsk jak Birmingham dysponuje rozległym obszarem poprzemysłowym blisko centrum. Oba więc planują w miejscu przestrzeni poprzemysłowych wybudowanie nowego centrum, które stanowiłoby wizytówkę miasta. Pojawiają się zatem te same pytania: co zrobić z tymi wszystkimi magazynami, halami i zakładami? Burzyć czy zostawić? Zachować dawną tkankę miejską, czy zaczynać wszystko od początku? Póki co, w obu miastach sztuka intensywnie rozwija się właśnie w owych przestrzeniach postindustrialnych, a Gdańszczanie i Birminghamszczanie (??) mogą wymieniać doświadczenia.

Tak wyglądają plany zagosopodarowania poprzemysłowej dzielnicy Birmingham Digbeth Eastside:



A tak Stoczni Gdanskiej...
http://www.youngcity.pl/

Traces of History: In Gdansk Shipyard
by Roma Piotrowska

On the exterior of the Wyspa Institute of Art, located in Gdańsk shipyard, beneath layers of paint crawls out a German sign - a reminder of the times when the building housed a German school. On the way home, I pass a manhole with the inscription “Danzig”. Even though we encounter these traces and conflicts in every step we take, why are we so uninterested in the city’s complicated past?
What is Gdańsk associated with outside of Poland? With Wałęsa, they say. But who in fact knows the history of the fall of Communism in Central and Eastern Europe? For whom is it a significant fact, that the strikes that took place 28 years ago in Gdańsk shipyard helped to overthrow Communism? Who cares that on 31 August, 1980, after months of strikes, the first independent trade union in the Communist bloc forced the Polish government to accept part of its 21 postulates?
Currently, Gdańsk shipyard - the “Cradle of Solidarity” - is home to several artists’ studios. Separated from Gdańsk by a high fence, the shipyard’s grounds constitute an abandoned city within a city. Divided into two parts, one area still produces ships, but in the second production has stopped, and all that remains are abandoned buildings and stray animals. Historic industry is overgrown with vegetation. In a few years, most of the buildings will be razed to the ground and the shipyard will be built over with a modern shopping centre, multi-screen cinema, apartments and office blocks.
Internationally, there are many examples of post-industrial sites that artists have lived and worked in, before being forced out by later gentrification: cheap, unused space replaced by exclusive accommodation, shopping, commerce. In front of our eyes, Gdańsk shipyard is changing from “a mainstay of the Communist economy” to “a capitalist market”. The transformation can be seen daily, as the shipyard is ‘cleansed’ with the demolition of old buildings. The shipyard fascinates artists, and they have expressed fears for its future. Its ruined brick halls and abandoned streets have become protagonists in films: they are photographed; they serve as the set for theatrical productions; the industrial noises have been exploited by musicians. You can find painters there, alongside sculptors, multi-media artists, street artists, actors and performers.
The Christian and Nationalist Workers’ movement of “Solidarity” is historically tied to the shipyard. However, the artists currently working there are concerned with more immediate subjects relating to the site itself. A film by Johan Strauss entitled The Shipyard – A View From Inside, compares the image of the contemporary, degraded shipyard with photographs documenting the social and political changes of the 1970s and 1980s in Poland. Strauss’s work collides artist’s studios with demonstrations and ordinary, everyday labor in an unfolding journey to ‘the interior’ of the historic shipyard, and is accompanied by a soundtrack by Brazilian electronic musician, Amon Tobin.
The Past, a film by Ania and Adam Witkowski, depicts the present day, still industrial part of the shipyard. It is framed as an idyllic image: sunlight, wildlife, plants, workers on bicycles and the production of ships, all seeming to exist free from the subject to economics. The film’s title underpins the sense that this state is only moments away from an inevitable ending.
Lukrecja Plusz and Joanna Maltanska designed a sofa with a graphic motif composed of shipyard cranes. The sofa is an ironic commentary on the problem of the commercialisation of the symbol of the shipyard. Similarly, Jack Southern’s digital animation, Time Share, asks about the future of these grounds. When Southern, a UK artist, first came to the shipyard in 2004, the transformation of the grounds into a modern district was still a distant vision; now, the film seems a telling presage.
Until recently, in a dilapidated villa (the former residence of the shipyard’s director) you could browse a great library. Next year, at the same site, you will be able to visit ‘the biggest shopping centre in the country’.
What then will be left to us? What version of history will be passed on to future generations? (Will they care about history at all?) With its building over, it seems that Communist Gdańsk is condemned to the same indifference with which we look at the Gdańsk of the early 20th Century.

Ściągnij ostatnie wydanie An Endless Supply!

I mały bonus - Gdansk i Stocznia oczami telewizji AlJazeeraEnglish



piątek, 9 października 2009

Gra na giełdzie, przemyt narkotyków, nielegalna sprzedaż alkoholu, uwodzenie bogatych wdów, czyli jak sfinansować niezależny projekt artystyczny



Ostatnio trafiła do mnie wydana przez Fundację Bęc Zmiana książeczka „Europejskie Polityki Kulturalne 2015”, będąca polską wersją raportu powstałego przy okazji londyńskich targów sztuki Frieze 2005. Po przeczytaniu wstępu do wydania polskiego przygotowanego przez Kubę Szredera oraz Jana Sowę nastąpiło w mojej głowie istotne przewartościowanie. Ten ostatni zmienił diametralnie moje postrzeganie tzw. „trzeciego sektora”.

Sowa pisze, że kiedyś organizacje obywatelskie powstawały spontanicznie, działały w oparciu o entuzjazm, a ich siła rodziła się z zapału dla wspólnej sprawy. Obecnie coraz częściej fundacje przypominają firmy i są w istocie przedsięwzięciami kryptokapitalistycznymi. „W ten sposób ze spółkowania pierwszego sektora z drugim powstał zmutowany bękart: parafirmy realizujące w skomercjonalizowanej i zbanalizowanej wersji albo to, co powinny robić dobrze zorganizowane instytucje publiczne, albo to, co mogłyby robić zorientowane na zysk firmy prywatne” - pisze Sowa. Badacz widzi przyczynę takiego stanu w szwankującym systemie rozdzielania grantów dla organizacji pozarządowych.

Dlaczego nie opłaca się sięgać po granty? Dlatego że sami ograniczamy wówczas swoją wolność i dostosowujemy nasze pomysły i działalność do tego na co pieniądze chce dawać władza. Dzięki takiemu podejściu mnożą się takie projekty jak „Festiwal Gwiazd” w Gdańsku, czy przywoływany przez Sowę festiwal „ArtBoom” w Krakowie, czyli imprezy łatwe, skierowane do szerokiej publiczności nastawione na osiąganie celów, „którym zdaniem biurokratów służyć powinna kultura: kreowanie pozytywnego wizerunku miasta, ściąganie inwestorów, dekorowanie przestrzeni miejskiej miałkimi instalacjami zwanymi potem szumnie sztuką w przestrzeni publicznej, stymulowanie turystyki”.

Jest jednak na korupcję trzeciego sektora rada! Są nią niesformalizowane i niekomercyjne inicjatywy społeczno-kulturalne, na przykład skłoty, niezależne galerie, świetlice, czy „domy kultury”. Takie miejsca jak poznański Rozbrat, warszawska Elba, paryskie Electron Libre i Les Frigos, kolektywy takie jak Pachamama czy Lavaca w Buenos Aires, postindustrialne przestrzenie w nowojorskim DUMBO itp. Sowa chwali ten tzw. „czwarty sektor” za orzeźwiającą szczerość i autentyzm, ale gani za afirmowanie społecznych dystynkcji. „W efekcie „niezależność” polega na tym, że grupa kilkunastu lub kilkudziesięciu osób bije w kółko sobie samym brawo i organizuje imprezy, w których wbrew radykalnym deklaracjom chodzi tylko o potwierdzenie grupowej tożsamości”. Jak wyrwać się zatem z matni czterech sektorów?. „Trzeba tworzyć i testować w praktyce różne sposoby działania” - odpowiada.

Autor namawia organizacje pozarządowe do uniezależnienia się od systemu grantowego, który stał się dla niektórych po prostu sposobem na zarobek. Wylicza kilka, z wielu alternatywnych, sposobów finansowania niezależnych projektów: składki członkowskie, innowacyjne formy działalności gospodarczej, gra na giełdzie i spekulacja nieruchomościami, przemyt narkotyków, nielegalna sprzedaż alkoholu i uwodzenie bogatych wdów... Sowa, wspólnie z dwójką przyjaciół Kubą de Barbaro i Jankiem Simonem, założyli w Krakowie lokalną inicjatywę obywatelską Spółdzielnię Goldex Poldex. Jest to dobrowolne zrzeszenie nieograniczonej liczby osób, nielegalny bar, dzielnicowa świetlica, hobbystyczna restauracja i galeria sztuki w jednym. Nie szuka finansowania publicznego, sponsorów, nie prowadzi także działalności nastawionej na zysk. „Nie szuka sponsorów ani patronatów. Nie współpracuje z Europejską Fundacją Kultury ani Instytutem Adama Mickiewicza. Utrzymuje się z jałmużny i nielegalnej sprzedaży alkoholu. Jej jedynym celem jest walka z martwym czasem, o którego upływie przypomina merdający miarowo ogon kota. Finansujemy wszystko z własnych pieniędzy. Można powiedzieć, że jest to rodzaj luksusowego potlaczu, na który jesteśmy w stanie sobie pozwolić, ponieważ każde z nas zarabia pieniądze w inny sposób. Z drugiej strony, czy kultura nie powstaje właśnie jako rodzaj potlaczu?”.

Jak tu jednak finansować projekty z własnej kieszeni, jeśli statystyczny artysta czy animator kultury ledwo może związać koniec z końcem? Czyli wracamy do punktu wyjścia. Sztuka jest przeznaczona dla bogatych, a prawie na pewno nie dla biednych. Ale w jaki sposób, z czystym sumieniem, dojść do tego bogactwa? Bo chyba autor nie bierze na poważnie pomysłu finansowania projektów ze sprzedaży narkotyków? Nie wchodzi także w grę praca w korporacji, a „po godzinach” zabawa w „niezależną” sztukę.

A może rzeczywiście „niezależna” sztuka powinna być domeną sprytnych zapaleńców, uprawiających mniej ryzykowne formy nielegalnego zarobkowania?

Niedawno miałam przyjemność poznać dwóch angielskich entuzjastów podobnego pokroju - Robina Kirkhama i Harrego Blackett'a . Nie wiem z czego żyją (nie wypadało mi się zapytać) ale kupili ostatnio za własne pieniądze, na eBay'u drukarkę i sami publikują co miesiąc czarno-biały darmowy art zin „An Endless Supply”. Są młodzi, dopiero co skończyli uczelnię i chcą coś zrobić dla swojego miasta. Wkładają więc nie tylko swój czas ale i pieniądze w rozkręcenie pisma. Publikacja otwarta jest na propozycje. Można złożyć tekst, pracę artytyczną, fotografię etc. Ilość stron zależy od ilości przyjętych propozycji. Ja także opublikowałam tam swój tekst... W następnym poście efekty.

Robin & Harry na Self-publishing Fair w Londynie


p.s.

Mal! Dzięki za książeczkę! :)

niedziela, 27 września 2009

Razzle Dazzle

W XVIII wieku zaczęto opracowywać system kanałów dla całej Wielkiej Brytanii. Układają się one w sieć, którą można dopłynąć ze Szkocji aż po Londyn. Kanały stały się bardzo ważnym elementem rewolucji przemysłowej. Barki były najtańszym i najszybszym sposobem transportu różnego rodzaju towarów. Podobno Birmingham ma więcej kanałów niż Wenecja. Trudno w to uwierzyć, ale jeśli weźmie się pod uwagę wielkość miasta, rzeczywiście jest to możliwe. Birmingham leżąc po środku trasy między Liverpoolem, a stolicą stało się, około roku 1800, centrum rewolucji przemysłowej. W połowie XVIII wieku długość kanałów wynosiła tam 147 mil. Dziś kanały zmieniły znacznie swoją funkcję. Stanowią doskonałe miejsce spacerów, wycieczek rowerowych, czy krótkich rejsów. Stały się także punktem zaczepienia dla artystów, szczególnie tych, którzy się nad nimi wychowali… Przez kilka letnich tygodni po Birmingham pływała, pomalowana na jaskrawe kolory i abstrakcyjne wzory, barka. Był to projekt artystyczny braci Simona i Toma Bloor. Tytuł projektu Hey for Lubberland! został zaczerpnięty z XVII-wiecznej ballady o krainie wiecznej szczęśliwości, w której upieczone świniaki rosną na drzewach, w rzekach płynie wino, a z nieba pada woda różana. Chęć wcielania utopii w życie, w takiej czy innej formie, jest źródłem fascynacji dla pomysłodawców projektu.
Drop City
Hey for Lubberland! łączył dwa radykalne rodzaje designu – architekturę geodezyjną i malarstwo maskujące. Geodezyjne techniki budownictwa zostały rozpropagowane przez filozofa, projektanta i ekologa Buckminstera Fullera, w latach 50 XX wieku. Fuller był wizjonerem pragnącym rozwiązać problemy ludzkości w ekologiczny sposób. Architektura według Fullera miała być tania, ekologiczna, mobilna i łatwa do wykonania przez nieprofesjonalistów. Fuller jest twórcą Kopuły Geodezyjnej, zbudowanej z sieci trójkątów równoramiennych, tworzących chyba najmocniejszą, najlżejszą i najbardziej wydajną technikę budowania jaka kiedykolwiek została wynaleziona. Umożliwiła budowę na dużej powierzchni bez użycia filarów i belek. Fuller zakładał, że schronienia tego typu mogłyby się ogrzewać i ochładzać w naturalny sposób oraz same wytwarzać energię. Prognozował masową produkcję swojego wynalazku w krajach rozwijających się, jako rozwiązanie problemów mieszkaniowych. Jakkolwiek kopuły okazały się przeciekać, a przestrzeń we wnętrzach była nieefektywnie wykorzystywana, bo większość mebli jest produkowana do pomieszczeń prostokątnych, kopuła stała się symbolem ekologicznej i niezależnej architektury. Kopuły były także mocno związane z amerykańskim ruchem kontrkulturowym w latach 60. Jego wynalazek został zastosowany w praktyce przez alternatywną społeczność, mieszkańców artystycznej komuny Drop City w Kolorado. Komuna powstała w 1965 roku, i w założeniu miała być miejscem do życia i pracy dla artystów Drop Artu, który został zainicjowany przez Gene Bernofsky i Clark Richert, studentów Uniwersytetu Kansas. Jednym z działań Drop Artu było malowanie kamieni i rzucanie ich z dachu na chodnik w celu obserwacji reakcji przechodniów. Mieszkańcy komuny przy użyciu znalezionych materiałów sami konstruowali kopuły Fullera. Pokusa ucieczki i założenia nowej społeczności, alternatywnej do tej w której żyjemy na co dzień, jest bliska tym co wybrali życie w barkach na kanałach. Fuller wierzył, że technologia może zaoferować nam odpowiedzi na wszystkie podstawowe ludzkie potrzeby. Kopuły geodezyjne zaczęły być kojarzone z wizjami przyszłości, umieszczane na okładkach książek i w filmach science fiction.
Dazzle painting także wywodzi się z fascynacji możliwościami technologii. Manifest Wortycystów, opublikowany w 1914 roku, został zatytułowany „Jaskrawa i gwałtowna sztuka”. Zainspirowani dynamizmem nowej ery maszyn, Brytyjscy artyści wortycyzmu rozwinęli styl charakteryzujący się rażącymi kolorami, grubymi liniami i geometryczną kompozycją. Wortycyzm (1912-1920) był jedną z pierwszych manifestacji modernizmu w Wielkiej Brytanii. Skończył się wraz z wybuchem I wojny światowej. Wielu wortycystów zostało oficjalnymi artystami wojennymi. Edward Wadsworth, założyciel grupy, pracował nad rozwojem dazzle painting, w kierunku militarnego kamuflażu. Za jego pomysłem zaczęto malować statki wojenne na pstrokate kolory. Ciężko było „ukryć” ogromny statek malując go na różne odcienie błękitu. Lepiej było pomalować go na taki wzór, który zmyli wroga, wywoła złudzenie optyczne, powodujące że nie będzie mógł jednoznacznie określić kierunku poruszania się statku. Setki okrętów pomalowano na łudzące oko kolory ale, mimo wszystko tego rodzaju kamuflaż, podobnie jak kopuły Fullera, były propozycjami wykorzystanymi marginalnie.
Dazzle Painting
Kanały Birmingham stanowią wspaniały przykład inżynierii i designu, pochodzą z początku rewolucji przemysłowej. Zamienione na autostrady i kolej, stały się sposobem na wakacje, czy weekendowe wycieczki. Barka braci Bloor podkreśla związek pomiędzy ideą utopii a osiągnięciami w designie i inżynierii.